Rozmnażanie kaktusów mrozoodpornych cz. I - Piotr Modrakowski
Artykuł ukazał się w czasopiśmie "Kaktusy i inne" Nr. 4 Vol. 2 (2005)

Każdy miłośnik kaktusów, nie tylko mrozoodpornych, prędzej czy później staje przed dylematem: jak powiększyć swoją kolekcję o nowe, często wymarzone gatunki.
Najprościej jest powiecie kupić. Zgoda, pomijając aspekt finansowy, nie jest to wcale najprostsza droga do celu. Przykład? Proszę bardzo: ile odmian, form czy podgatunków, jak kto woli (nie cierpię systematyki!) można kupić w Polsce czy u braci z południa takiej roślinki jak Escobaria vivipara?
Może z dziesięć jak dobrze pójdzie. Ile jest faktycznie tych odmian i form stanowiskowych to naprawdę nie wiadomo. Jedna z najlepszych firm zaopatrujących kaktusiarzy w nasiona ma ich w swoim cenniku ponad 50! Nawet, jeśli przyjmiemy,że ¼ to fikcja to i tak mamy 30 form! Wniosek nasuwa się sam; jeśli zależy nam na zdobywaniu konkretnych gatunków lub chcemy specjalizować w jakimś rodzaju kaktusów musimy nauczyć się te kaktusy rozmnażać we własnym zakresie.
Jak wszystkim wiadomo istnieją 2 metody rozmnażania: wegetatywne i generatywne.
Rozmnażanie wegetatywne to: sadzonkowanie członów i pędów bocznych, szczepienie i sadzonkowanie rurek kwiatowych z przekwitłych kwiatów-dotyczy tylko rodzaju Opuntia.
Najlepszym okresem do sporządzania sadzonek będzie okres połowy maja, z tego powodu, że kaktusy będą już wybudzone z zimowej stagnacji a jednocześnie nie są jeszcze wyczerpane tworzeniem kwiatów czy owoców.
U kaktusów kulistych i cylindrycznych (np. Escobaria, Echinocereus) schemat przygotowania sadzonek jest taki sam jak u innych typowych kaktusów.
Odcinamy pęd u nasady, obcinamy brzegi, aby spód rośliny przy wysychaniu się nie zapadł z rdzeniem przewodzącym, ranę zasypujemy najlepiej ukorzeniaczem (dla roślin półzdrewniałych) ewentualnie węglem drzewnym lub cynamonem -zapachniało świętami, ale na poważnie cynamon ma właściwości odkażające. Odstawiamy delikwenta w miejsce cieniste, ale suche, wkładamy np. owinięty w kawałek gazety do pustej doniczki, aby do rany dochodziło powietrze. Po około 2 tygodniach powinny ukazać się już korzonki, wtedy sadzimy roślinę do substratu bardzo przepuszczalnego, dobrze sprawdza się mieszanka w jednakowych proporcjach perlitu i piasku z dodatkiem kawałków węgla drzewnego. Od tej chwili możemy, co dzień, jeśli jest ciepło zraszać sadzonki, aby nabrały turgoru, po 2-3 tygodniach możemy podlać już normalnie.
Rozmnażanie wegetatywne opucjowatych jest w zasadzie podobne. Zwrócę uwagę tylko na parę szczegółów. Na sadzonki powinniśmy wybierać człony zeszłoroczne, najlepiej jeszcze przed wypuszczeniem pąków kwiatowych, które bardzo osłabiają roślinę, choć na upartego można ukorzenić człon opuncji z pąkami kwiatowymi i jest duża szansa, że nam zakwitnie. Sadzonkę również dobrze jest zabezpieczyć ukorzeniaczem, tu mała uwaga w kwestii ukorzeniania sadzonek z członów opuncji, sadzimy je zawsze pod kątem nie większym niż 45° względem substratu. O co chodzi mi z tą geometrią?
Mianowicie o to, że człony posadzone tradycyjnie, czyli pod katem 90° względem substratu ukorzeniają się słabo, nie potrafią wykształcić prawidłowego systemu korzeniowego i taka roślina nigdy już nie będzie miała dobrych przyrostów, o kwitnieniu to już nie wspomnę. Posadzona pod katem 45° lub nawet zupełnie leżąc (tak się dzieje zresztą w przyrodzie - nikt przecież nie chodzi po pustynie i nie sadzi opuncji) rozwijają bogaty system korzeniowy na całej prawie powierzchni pędu, co gwarantuje prawidłowy wzrost i obfite kwitnienie.
Inną sztuczką, mało zresztą rozpropagowaną jest robienie sadzonek opucjowatych z ich rurek kwiatowych. Zabieramy się do sprawy w ten sposób, że góra dwa dni po okwitnięciu opuncji obcinamy cały przywiędły kwiat, traktujemy go ukorzeniaczem i postępujemy dalej jak z normalna sadzonką. Zimą musimy jednak sadzonki „kwiatowe” przechować w temperaturze powyżej 0°C lekko podlewając - gdyż bardzo łatwo wysychają. Wiosną można je już traktować jak normalne rośliny, powinny wypuścić normalne zdrowe pędy, które możemy dalej rozmnażać.
Wiem, że jest wielu zagorzałych wrogów szczepienia kaktusów, kto jednak chce szybko rozmnożyć i bezpiecznie uprawiać wrażliwsze gatunki powinien się tej sztuki nauczyć.
Jak wiadomo szczepimy kaktusy z dwóch powodów (wcale nie dla tego, żeby było dziwnie) dla szybszego rozmnożenia - zaszczepione siewki czy pędy puszczają, zwłaszcza po usunięciu stożka wzrostu, wiele pędów bocznych, które możemy ukorzenić lub zaszczepić.
Drugim powodem szczepienia jest ułatwienie sobie uprawy wrażliwszych gatunków, których system korzeniowy jest bardzo podatny na wszelkie infekcje grzybowe i bakteryjne w naszych warunkach. Mam tu na myśli takie rodzaje jak: Pediocactus, Sclerocactus, Toumeya, Echinomastus, Navajoa i niektóre wrażliwsze opuncjowate.
Do typowego „podpędzania” zrazów do wydawania pędów bocznych używa się tradycyjnych podkładek, czyli: Echinopsis eyriesii, Eriocereus jusbertii, Peireskiopsis, Selenicereus i Myrtillocactus geometrizans.
Są to typowe podkładki „mamki”, które mają za zadanie jedynie zaindukowanie tworzenia jak największej liczby odrostów, zraz wysilony wytwarzanie nienaturalnej liczby pędów i wypłoniony przez dużo wyższą od optymalnej temperaturę w końcu padnie, zanim to się jednak stanie z jednej rośliny matecznej możemy uzyskać nawet kilkadziesiąt klonów - więc gra jest warta świeczki.
Za bardziej trwałe, bo znoszące dużo niższe temperatury, uchodzą podkładki z rodzaju Trichocereus. Warte polecenia są zwłaszcza gatunki: pasacana, terscheckii i schickendantzii, które znoszą nawet przymrozki do –3°C. Na nich możemy z powodzeniem uprawiać nasze „mrozaki” doczekawszy się nawet kwitnienia. Nadal jest to jeszcze półśrodek - podkładki te nie zniosą kilkumiesięcznej temperatury oscylującej wokół zera °C.
Rozwiązaniem tej sytuacji może być zastosowanie jako podkładek innych kaktusów mrozoodpornych, a najlepiej zimotrwałych. Godnymi polecenia wydają się zwłaszcza Echinocereus: viridiflorus (zwłaszcza jego wysokogórskie formy), baileyi, triglochidiatus i enneacanthus.
Również opuncje są świetnymi podkładkami. Od dawna używa się Opuntia fragilis zwłaszcza do szczepienia kaktusów z rodzaju Pediocactus. Ja nie mam z nią jednak dobrych doświadczeń: zaszczepione rośliny rosły słabo, a po paru latach zasychały, może to kwestia dobrania odpowiedniego klonu jak to ma miejsce w rodzaju Echinopsis?
Moimi faworytami w tej grupie podkładek są natomiast: Opuntia humifusa (syn. compressa) - bohaterka artykułu w 4 numerze „K I J” i Opuntia phaeacantha v. camanchica. Obydwie posiadają niesamowite cechy „idealnej” podkładki, czyli: zgodność z większością kaktusów nie tylko mrozoodpornych, nie deformują zaszczepionych roślin a jednocześnie zapewniają prawidłowy wzrost i szybkie kwitnienie, łatwo je uprawiać i rozmnażać i są w zasadzie podkładkami „wiecznymi”.
Zrazy wielkości do 2 cm szczepimy na zeszłorocznych członach, najlepiej metodą schodkową - która zapewnia stabilność na śliskiej powierzchni podkładki, zraz „zakotwiczamy” za pomocą cierni opuncji w miejscu nałożenia się wiązek przewodzących podkładki i zraza, całość mocujemy tradycyjnie gumkami ułożonymi na krzyż. Zaszczepione rośliny po zabezpieczeniu rany np. opryskiem środkiem grzybobójczym (polecam Topsin) odstawiamy w miejsce cieniste ale ciepłe, powyżej 23°C.
Możemy szczepić na nieukorzenionych członach, ważne tylko, aby były dobrze „napite” wodą. Bardzo szybko się ukorzeniają a przeprowadzenie tej operacji jest łatwiejsze. Natomiast młode tegoroczne pędy możemy wykorzystać do szczepienia mniejszych siewek.
Aby poprawić estetykę zaszczepionych roślin na opuncji, możemy uciec się do takiej sztuczki: okrągłe człony opuncji tniemy w podłużne paski szerokości 3 cm i na nich szczepimy. Dzięki temu podkladka z czasem staje się niewidoczna a my możemy z jednej rośliny uzyskać większą liczbę podkładek.